11.01.2012

Kuba Knera pyta. Renata Dąbrowska odpowiada.

Renata zawsze mówi, że nie ma czasu. Że musi fotografować i że nie lubi marnować wolnych chwil. Jeździ po mieście i robi zdjęcia, które często oglądają tysiące mieszkańców Polski w najbardziej poczytnym dzienniku w kraju nad Wisłą – zdjęcia rodzin, polityków, budynków, miejsc, gwiazd muzycznych, dziennikarzy i sportowców. Renata jest wiecznie zabiegana. A kiedy rozmawia o fotografii, nie potrafi nabrać dystansu i emocjonalnie się unosi. Często się denerwuje, ale równie często się cieszy. Wkurza ją głupota, a potrafią ją cieszyć najbardziej prozaiczne rzeczy.

Nie jestem kimś wyjątkowym, mówi. To prawda. Renat i to Dąbrowskich jest bardzo dużo. Pewnego dnia Renata postanawia sprawdzić kim są, czym się zajmują, co je denerwuje, a co cieszy i po kolei uwiecznia je na zdjęciach.


Jak powstał pomysł żeby szukać innych Renat Dąbrowskich i zrobić im zdjęcia?


Kiedy w mojej przychodni pani poprosiła mnie o pesel - ponieważ były tam aż trzy kobiety o imieniu i nazwisku Renata Dąbrowska - pomyślałam, że skoro w jednej tylko dzielnicy jest ich aż tyle, to w ogóle może być nas mnóstwo. Już wcześniej – tak jak inni ludzie – sprawdzałam na Naszej Klasie osoby, które nazywają się tak samo jak ja. Wtedy pomyślałam, że ich sportretowanie mogłoby być ciekawe. To było w grudniu 2009 roku. Jak pierwszy raz opowiedziałam o tym znajomym i rodzinie, to wszyscy pukali się w czoło, uważając ten pomysł za irracjonalny.

No właśnie, bo czy nie jest to absurdalny pomysł? Przecież wymaga czasu i masy poświęceń – musisz w końcu przejechać za Renatami całą Polskę wzdłuż i wszerz.

Najpierw trzeba je znaleźć! Potem zaplanować podróż, spotkania, a dopiero na końcu ruszyć w Polskę i się z nimi zobaczyć... Znalazłam ich ponad 300. ‘Odpadły’ Renaty, które nazwisko Dąbrowska mają po mężu oraz te, które nie miały ochoty włączyć się w realizację mojego projektu. Przekonać taką osobę, żeby się ze mną spotkała, wpuściła do domu i pomogła w realizacji pomysłu, nie jest proste. Dlatego każda kobieta, która się zgodziła, jest dla mnie perełką, skarbem, kimś bardzo wyjątkowym.

Jak reagują kobiety, do których dzwonisz i mówisz „Witam, tu Renata Dąbrowska, czy zastałam Renatę Dąbrowską? Fotografuję osoby o tym samym imieniu i nazwisku”?

Bardzo różnie. Nie da się ich jednoznacznie zakwalifikować. Każda z nich pochodzi z zupełnie innych światów, mają inne życia, inne problemy, doświadczenia, ale często po prostu nie mają czasu i ochoty, by się spotkać. Dlatego wszystkie te osoby, są dla mnie bardzo ważne.

Kiedy więc ten projekt zmienił się w coś więcej? Bo ciężko powiedzieć, że to zwykły cykl fotografii.

Wcale nie jest tak, że myślałam, że to wyjątkowy i trudny w realizacji pomysł. Znalezienie i namówienie kobiet może nie jest łatwe. Ale kiedy mam już zaplanowaną podróż, jestem umówiona z konkretnymi osobami na dany dzień i godzinę, to co trudnego jest w tym, żeby wsiąść w samochód i jechać w Polskę? To sama przyjemność.

No tak, czyli wydaje się, że to banalnie proste. Pewnie jeszcze każda Renata czeka z otwartymi ramionami aż przyjedziesz, żeby tylko móc być sfotografowaną.

Wiadomo że nie, mnóstwo było sytuacji, w których się z kimś umawiałam i nic z tego nie wychodziło. Na przykład we Wrocławiu w środku lata, czekałam 6 godzin w okropnym słońcu. Rano widziałam się z jedną Renatą, a kolejna mogła spotkać się dopiero po południu. Czekałam, a ona przestała odbierać telefon, nie chciała otworzyć mi drzwi, nie odpisywała na smsy – mimo że wcześniej byłyśmy umówione. To w zasadzie jest najgorsze – bo przecież nie chodzi o to, że każda Renata, do której dzwonię, musi się zgodzić. To tylko kwestia tego, czy ktoś mi pomoże, czy nie. Ale to nie tylko pomoc – każda z nich ‘daje’ mi swój wizerunek, czasem zaprasza do swojego domu, pokazuje jego wnętrze, rodzinę, musi mi zaufać. Jedna z Renat, która jest żoną policjanta, kiedy przyjechałam, wyszła przed dom sprawdzić, czy nie jestem z kimś. Była zdziwiona, że sama jeżdżę po Polsce.

Też bym się zdziwił. Ile osób udaje Ci się spotkać i obfotografować podczas jednego, przedłużonego weekendu?

Średnio w trakcie jednego wyjazdu pokonuję około 1800 kilometrów i spotykam się z około dziesięcioma kobietami.

Jak się z nimi spotykasz? Fotografie niektórych są wykonane w ich domach, innych gdzieś na mieście, a jeszcze inne widzisz przelotem zaledwie przez kilka minut.

Każda kobieta jest inna, tak samo jak sytuacja, w której się widzimy. Raz jedna Renata napisała, że zbyt ceni swoją prywatność, żeby zaprosić mnie do domu, a dzień wcześniej inna pozwoliła mi przespać się u siebie i nie musiałam jak zwykle spać w samochodzie.

Kiedyś jechałam do jednej z Renat już dwie godziny i kilka minut przed spotkaniem, dostałam wiadomość, że nagle coś jej wypadło i musi jechać do cioci na Mazury. To zabrzmiało jak kpina – jeśli dziewczyna przestraszyła się albo zmieniła zdanie, mogła po prostu napisać, że rezygnuje. Przecież nie byłabym zła, a nawet cieszyłabym się, że jest szczera. A doszło do paranoi – dostałam wiadomość z nieznanego numeru, pod który zadzwoniłam i telefon odebrał ktoś inny, nie można było się z nią już skontaktować. Po co ludzie kłamią, zamiast bezpośrednio powiedzieć co myślą?

Najbardziej cenię te osoby, które się zgadzają, popierają mnie. Niesamowita jest Renata z Lublina – napisałam do niej dwa lata temu, a ona przez ten cały czas przypominała się, żeby o niej nie zapomnieć. Jak już się spotkałyśmy, to okazała się tak pozytywną i cudowną osobą, która powiedziała tyle dobrych rzeczy, że było mi niezwykle miło. Stwierdziła, że jeśli ktoś decyduje się na taki projekt jak ja, musi być kimś nieźle zwariowanym. A zwariowani ludzie muszą być fajni, oczywiście w pozytywnym sensie. Takie osoby nadrabiają to, że inne odmawiają.


A czy są Renaty, które już przez telefon reagują z entuzjazmem i gościnnie zapraszają Cię do siebie?

Od dwóch lat piszę maile, wysyłam wiadomości przez NK czy FB, próbuję szukać do nich numerów telefonów. Za każdym razem przed planowanym wyjazdem wysyłam wiadomości do kobiet, z którymi mogłabym się spotkać, bo będę w okolicy miejsca ich zamieszkania. A one często nie odpisują. W pewnym momencie przestałam pisać i zaczęłam dzwonić. I okazało się, że w Mrągowie czy Łodzi jest ponad pięćdziesiąt osób o takim nazwisku - trudno jest obdzwonić je wszystkie, by znaleźć wśród nich Renaty. W pewnym momencie znalazłam numer telefonu do mojej imienniczki, do której pisałam od dwóch lat. Przez ten czas nie dostałam od niej żadnej odpowiedzi, a nagle po jednym telefonie, zgodziła się na spotkanie. To jest najgorsze. Ani kobiety, które nie mają ochoty się spotkać, nie mówią tego bezpośrednio, ani te, którym jest to obojętne, nie napiszą żeby wpaść. Mam wrażenie, że ludzie nie interesują się niczym poza sobą, a jedyne co mają w głowie to „nie mam czasu na nic, nikomu nie chcę pomóc”.

Mocnym punktem Twojego projektu jest to, że zwracasz uwagę na anonimowe osoby, które przestają być nieznane. Po obejrzeniu zdjęć kojarzymy Renatę przy moście, Renatę przy falowcu, z rowerem, w przychodni czy w samochodzie. Albo Renatę na tle niebieskiej ściany, której zdjęcie dostało nagrodę Gdańsk Press Photo. Normalnie nikt na te osoby by nie trafił, a tu dochodzi do sytuacji, w której zwykłe osoby stają się niezwykłe.

Dlaczego - za przeproszeniem - Doda, która ciągle jest w mediach, ma być osobą ciekawszą ode mnie albo kogokolwiek innego? Te wszystkie kobiety, które ‘uwieczniłam’ na zdjęciach, są tak niezwykłymi osobami i mają tak niezwykłe historie, że wielokrotnie żałuję, że nie mogę spędzić z nimi więcej czasu. Raz do jednej Renaty przyjechałam około godz. 21 i rozmawiałam z nią do północy. Najpierw w kuchni, w której siedział także jej mąż, a później jeszcze dwie godziny pod domem. To niesamowita kobieta – wibracje i emocje, jakie się między nami pojawiły, sprawiały wrażenie, jakbyśmy znały się całe życie i były od zawsze przyjaciółkami.

Na zdjęciach Renaty stają się konkretnymi, wyrazistymi osobami. Szukam na nich poszczególnych osób, które już kojarzę z wcześniejszego oglądania fotografii.

Najcenniejsze w tym przedsięwzięciu, jest to czego doświadczam. W pewnym momencie dochodzę do wniosku, że całkowicie nieistotne jest to jak się nazywam, że o wiele ważniejsza jest konkretna osoba i jej historia, to kim ona jest. Nazwa „Renata Dąbrowska” to tylko klucz, który otworzył przede mną ogromne drzwi. Jestem olśniona tym, co mnie spotkało, gdzie podróżowałam, co zobaczyłam, doświadczyłam, gdzie nocowałam i z kim rozmawiałam. Oczywiście, im dłużej, tym trudniej. W pewnym momencie pomyślałam, że jak skończę ten projekt i wydam album, to pierwszym co zrobię, będzie zmiana imienia i nazwiska, bo mam już dosyć tych Renat Dąbrowskich! (śmiech) Ale tak naprawdę, te dwa lata to kawał mojego życia i niesamowita przygoda, a także spore doświadczenia.

Pamiętasz momenty, w których widziałaś się z kimś bardzo krótko albo bardzo długo? Jakieś najbardziej niecodzienne spotkanie?

Zawsze mówię, że zajmę tylko chwilę. Często, kiedy miło się nam rozmawia, żałuję że mam tak mało czasu i muszę jechać dalej. Kilka razy zdarzyło się tak, że podczas rozmów z Renatami obie popłakałyśmy się ze wzruszenia.

Najkrótsze spotkanie miałam w Tczewie. Było bardzo zimno i w kwadrans zrobiłam zdjęcie z jednym kadrem, z mostem kolejowym w tle. Spotkałyśmy się na ulicy, nawet nie wypiłyśmy kawy – tylko zdjęcie krótka rozmowa i tyle. A na przykład z Renatą, która mieszka w Niemczech, spędziłam pół dnia. Teraz ze sobą mailujemy i umawiamy się na kolejne spotkania. Ale obie Renaty są dla mnie tak samo ważne.

Z iloma Renatami dalej utrzymujesz kontakt?

Oczywiście piszę do wszystkich na bieżąco, na jakim etapie jest cały projekt, ale tak konkretniej to kontaktuję się zaledwie z kilkoma.

Czy w pewnym momencie zdałaś sobie sprawę z tego, że tworzysz socjologiczny obraz współczesnej Polki? Wkraczasz na obszar socjologii wizualnej. Nie dobierasz osób do zdjęć według określonej próby, ale obraz, który powstaje, wydaje się wiarygodny.

Na początku nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero w pewnym momencie mój znajomy zwrócił na to uwagę. To przecież nie tylko portret Renaty Dąbrowskiej. Wyłania się z tego różnorodny obraz Polski i zamieszkujących ją Polek – z różnych miejsc, warstw społecznych, odmiennych nawyków, przyzwyczajeń i zachowań.

Jak wybierasz, gdzie zrobisz zdjęcie? Przecież wystrój domu wiele dopowiada, wnętrze miejsca pracy czy samochodu też, a czasem fotografie są zrobione na ulicy, albo w barze. Wielokrotnie zdjęcia robisz w kilku miejscach, a potem decydujesz się wybrać jedno. Co o tym decyduje? Jedna z Renat stoi przed szarą ścianą, a druga w przejściu między kamienicami z córkami.

Czasem zdarza się tak, że zdjęcie przed domem wygląda po prostu estetyczniej, albo najzwyczajniej w świecie tam jest lepsze światło, niż w jego wnętrzu. Z jedną z Renat byłyśmy w różowej kuchni, która wyglądała świetnie i doskonale nadawała się na zrobienie portretu. I ona nagle powiedziała, że wielokrotnie zdobywała mistrzowskie tytuły w tenisie stołowym i ma kilkadziesiąt pucharów w pokoju obok, na tle których chciałaby mieć zdjęcie. Wtedy wiem, że zdjęcie na tle różowych mebli, które zrobiłam chwilę wcześniej, może wizualnie jest ciekawsze, ale mniej mówi. A skoro ona sama poprosiła mnie o fotografię na tle pucharów, to znak, że to „mocniejsze” zdjęcie jest bardziej wartościowe.

Jedną z Renat sfotografowałam w Giżycku na ławce na tle jeziora mazurskiego. Wiedziałam, że dzień później będzie wylatywać z Gdańska, więc tak naprawdę nie musiałam do niej jechać, ale ona chciała mieć zdjęcie właśnie tam. Dąbrowska, to jej panieńskie nazwisko, a w okresie kiedy była panną, jej światem były Mazury, gdzie mieszkała. Koniec końców sfotografowałam ją również na lotnisku, ale tło jeziora jest o wiele ciekawsze, fajniejsze. Zdjęcia muszą nie tylko ładnie wyglądać, ale też pasować do tych kobiet, mówić o nich.


Wyobrażasz sobie swoje życie, kiedy nie będziesz już szukać kolejnych Renat Dąbrowskich?

Marzę, żeby już to skończyć! (śmiech) Myślę o czymś, czego realizacja nie będzie polegać na bieganiu, dzwonieniu, planowaniu, braniu wolnego i wydawaniu tylu pieniędzy. Bo to jest męczące i zbyt długo trwa, chociaż każda z bohaterek jest fascynująca i każdą z nich pamiętam.

Na początku jak jeździłam do Renat, to strasznie przeżywałam to, jakie one będą i jakie są ich historie. A teraz stało się to już niemal naturalne, przyzwyczaiłam się do tych wypraw, stały się częścią mnie. Każda kolejna Renata jest ciekawa i fajna, ale ona jest tak samo ciekawa i fajna, jak jej poprzedniczki. Każda z nich jest wyjątkowa.

Obserwatorzy